Społeczny znaczy polityczny, czyli jak (i dlaczego?) oszalał Facebook
„Media stworzyły atmosferę końca świata. Płaczą i sugerują, że inni powinni płakać. Stworzył się taki płaczliwy wór, z którego wydostać się jest ciężko. Należy to dozować – i smutek, i płacz. Ludzie muszą normalnie żyć.” Tymi słowami profesor Godzic charakteryzuje sytuację, jaka nastała w Polsce po katastrofie samolotu rządowego w Smoleńsku.
Rzeczywiście, choć powagi samego wydarzenia nie sposób przecenić, równie trudno jest wyzwolić się od pewnego poczucia przesytu i towarzyszącego mu paradoksu: choć media z takim uporem wciąż starają się powiedzieć o Smoleńsku jak najwięcej i tak nie są w stanie powiedzieć tyle, ile o nich samych mówi sobotnia katastrofa.
Pierwsza lekcja to właściwie powtórka z tego, czego uczyliśmy się pilnie w poprzedniej klasie i o czym dobrze już wiemy: Social Media nie są maszyną pracującą na służbie silniejszych od siebie kolegów ale pełnoprawną przestrzenią komunikacji, często bijącą na łeb „starszą gwardię” pod względem szybkości reakcji. Przekonał się o tym każdy, kto sobotni poranek rozpoczął od lektury Facebooka. Stawiam, że nawet ci nieliczni, którzy uzbierali w kolekcji mniej niż 20 znajomych nie mieli wątpliwości, że właśnie wydarzyła się katastrofa. Fala caps-lockowych statusów, internetowych zniczy i zmienianych na prędce zdjęć profilowych uderzyła z taką szybkością, że kiedy Facebookerzy zaczęli już opłakiwać ofiary tragicznego lotu, telewizor wciąż zastanawiał się, czy jakiekolwiek ofiary w ogóle zostały poniesione.

