Jakiś czas temu do drzwi mojego mieszkania zapukała dziewczyna zbierająca podpisy na liście poparcia dla Bronisława Komorowskiego. Kiedy odmówiłam, zapytała zaskoczona „Dlaczego nie chcesz? Przecież jesteś młoda, jesteś naturalnym elektoratem PO”. Odparłam jedynie, że niczyim naturalnym elektoratem nie jestem. Zawiedziona moją odpowiedzią rzuciła jeszcze w przestrzeń mieszkania hasło „Zbieram podpisy dla Komorowskiego” z nadzieją, że mieszka ze mną jakiś inny naturalny elektorat. Na próżno.
Podobna sytuacja miała miejsce następnego dnia. Tym razem do moich drzwi zapukał zwolennik Jarosława Kaczyńskiego z listą poparcia w ręku i tekstem „W obliczu tego co się stało 10 kwietnia wypada poprzeć kandydata Prawa i Sprawiedliwości”. Czytaj więcej…
„Media stworzyły atmosferę końca świata. Płaczą i sugerują, że inni powinni płakać. Stworzył się taki płaczliwy wór, z którego wydostać się jest ciężko. Należy to dozować – i smutek, i płacz. Ludzie muszą normalnie żyć.” Tymi słowami profesor Godzic charakteryzuje sytuację, jaka nastała w Polsce po katastrofie samolotu rządowego w Smoleńsku.
Rzeczywiście, choć powagi samego wydarzenia nie sposób przecenić, równie trudno jest wyzwolić się od pewnego poczucia przesytu i towarzyszącego mu paradoksu: choć media z takim uporem wciąż starają się powiedzieć o Smoleńsku jak najwięcej i tak nie są w stanie powiedzieć tyle, ile o nich samych mówi sobotnia katastrofa.
Pierwsza lekcja to właściwie powtórka z tego, czego uczyliśmy się pilnie w poprzedniej klasie i o czym dobrze już wiemy: Social Media nie są maszyną pracującą na służbie silniejszych od siebie kolegów ale pełnoprawną przestrzenią komunikacji, często bijącą na łeb „starszą gwardię” pod względem szybkości reakcji. Przekonał się o tym każdy, kto sobotni poranek rozpoczął od lektury Facebooka. Stawiam, że nawet ci nieliczni, którzy uzbierali w kolekcji mniej niż 20 znajomych nie mieli wątpliwości, że właśnie wydarzyła się katastrofa. Fala caps-lockowych statusów, internetowych zniczy i zmienianych na prędce zdjęć profilowych uderzyła z taką szybkością, że kiedy Facebookerzy zaczęli już opłakiwać ofiary tragicznego lotu, telewizor wciąż zastanawiał się, czy jakiekolwiek ofiary w ogóle zostały poniesione.
Czytaj więcej…
Personalizacja internetu dokonała się. Użytkownicy to tylko z pozoru masa podobnych do siebie awatarów; pod każdym z nich kryje się pełnokrwisty osobnik, pełen wymagań, opinii i oczekiwań. Zazwyczaj również – dobrej woli. Zazwyczaj…
Z punktu widzenia marketingu, zdanie użytkowników warto i zdecydowanie opłaca się respektować. Dlaczego? Dlatego, że to oni kupują produkty oraz korzystają z usług; co więcej – coraz lepiej wiedzą czego oczekują w zamian za zainwestowane przez siebie pieniądze. Rozmawiają o tym na forach, przekazują sobie opinie za pomocą Social Media; sieci ich kontaktów i wzajemnych zależności są tak skomplikowane, że choć specjaliści od komunikacji starają się je odtworzyć, rozwijając choćby obszar Social Graph-ów – nie są wstanie wyprzedzić ich nieustannego rozwoju. W związku z tym wymagania i sugestie internetowej społeczności mogą, mówiąc wprost, przyczynić się do wzrostu sprzedaży czy ulepszenia wizerunku, a tym samym wzrostu pozycji danej marki na rynku. Warto więc postarać się o ich przychylność, choć nie wolno zapomnieć, że mają również drugą, ciemniejszą stronę. Cudowny wynalazek jakim jest Social Media tworzą przede wszystkim oni i, jeśli będzie trzeba, nie zawahają się wykorzystać go, by zmieść z powierzchni ziemi tego, kto nieopatrznie postanowi ich rozdrażnić. Czytaj więcej…
Na jednym z blogów traktujących o social media przeczytałam relację z konferencji Facebooker Panel (http://infosocialmedia.blogspot.com/2010/03/facebooker-panel-relacja-z-imprezy.html ). Autor recenzji twierdzi, że była to impreza, na której „można było dowiedzieć się od ekspertów z agencji działających na Facebooku, jak można wykorzystać to medium do działań biznesowych”. Zastanawiam się czy aby na pewno była to ta sama konferencja, w której w ubiegły piątek sama uczestniczyłam?
Kwestie organizacyjne można potraktować z przymrużeniem oka, biorąc pod uwagę to, że konferencja zorganizowana była w bardzo krótkim czasie. Nie wszystkim jednak z pewnością podobał się sposób prowadzenia konferencji przez moderatora, który od czasu do czasu, kiedy okazywało się, że sam akurat zna odpowiedź na pytanie do ekspertów, bez zastanowienia jej udzielał. Pewien chaos wprowadzało również przerywanie panelistom w połowie wypowiedzi oraz „moderowanie” pytań z sali. Jednak, jak już wspomniałam, to kwestie organizacyjne, nie najważniejsze. Czytaj więcej…
Dawno, dawno temu, był sobie „komputer”. Relatywnie szybko zyskał on sobie stałe miejsce w naszym życiu. Kolejne przywileje posypały się jeszcze prędzej. Zaczęliśmy go ze sobą wszędzie zabierać, przestając się z nim rozstawać choćby na chwilę- przecież w telefonie zajmuje tak mało miejsca. Teraz oglądamy przez komputer rzeczywistość, tagujemy sobie świat, zmniejszając zarazem przestrzeń i zacierając granice. Niebawem komputer stanie się integralnym elementem naszego wyposażenia, takim jak zegarek, czy okulary, bez których tracimy orientację i czujemy niepokój. Najlepiej będzie wszczepić sobie komputer, aby mieć absolutną pewność, że trafimy dzisiaj do pracy, bo bez Google Maps czujemy się bezradni. Czy postęp technologiczny jest dla nas zagrożeniem? Jeśli tak, to jak się na niego przygotować i czy należy z nim walczyć? W Chinach walczą, walczą w sposób, który mnie absolutnie przeraził. O obozach przetrwania dla uzależnionych od Internetu przeczytałam w „WIRED”. Niby poważny magazyn, ale może tym razem coś im się pomyliło? Czytaj więcej…
To tytuł jednego z wystąpień podczas konferencji Impactor 2010 „O stanie branży i jej perspektywach”. I właśnie tym jednym zdaniem można by streścić to, co z całą pewnością o branży tej można powiedzieć.
Najbardziej interesującym dla mnie tematem na konferencji, z racji wykonywanej pracy, był marketing internetowy. Statystyki przedstawione podczas wystąpienia Macieja Kity z OmnicomMediaGroup nie przyniosły większego zaskoczenia – wydatki na reklamę online stale rosną, nawet w czasach tzw. kryzysu. Wydawać by się mogło, że ten sektor reklamy, dość młodej, niepewnej dla wielu reklamodawców powinien w drugiej połowie ubiegłego roku najbardziej ucierpieć, mimo to zaobserwowaliśmy 19%-owy wzrost. Czytaj więcej…
Pralka, semantyka i użytkownik Internetu
Najpierw trochę o semantyce. Ma ona ogromne znaczenie dla zrozumienia terminu usability. Zdaję sobie sprawę, że ten termin jest najczęściej tłumaczony, jako użyteczność. Wydaje mi się jednak, że słowo używalność zdecydowanie lepiej oddaje sens angielskiego pierwowzoru.
Bo przecież nie wszystko, co użyteczne, czyli przydatne w naszym codziennym życiu jest jednocześnie używalne, czyli łatwe w użyciu. Czytaj więcej…
Wkrótce w Polsce rozpocznie się wielki bój o energię i paliwa. Energetyka jądrowa i jej kadry, przesył gazu (Nordstream) i pozyskiwanie gazu łupkowego, a także dywersyfikacja dostaw poprzez Gazoport, projekt Caverns, etc. – to wszystko tematy, które będą przetaczać się przez media w cieniu wyborów.
Szczególnie interesującym tematem jest energetyka jądrowa. Mimo różnych badań stopień społecznej akceptacji tego źródła energii jest mało stabilny i może w wielkim stopniu zależeć od nieprzewidywalnych czynników, które łatwo sobie wyobrazić – jak choćby awarie istniejących elektrowni, szczególnie franuskich.
Bez wątpienia jest to właśnie moment, w którym decyduje się przyszłość rozwoju atomistyki w Polsce. Wbrew temu co wydaje się myśleć rząd rozwój wypadków nie musi być optymistyczny. Stąd też niniejszy post. Uważam że warto przemyśleć czy i jak nowe narzędzia komunikacyjne mogły by wpłynąć na przychylność Polaków dla energetyki jądrowej. Czytaj więcej…
Kilkukrotnie spotkałam się z opinią, że specyfika instytucji finansowych utrudnia efektywne wykorzystanie Social Media. Zgodzę się z powyższym, jeśli Social Media utożsamiane są z Facebookiem i Twitterem, jako kolejnymi kanałami, w których można komunikować np.: „jesteśmy świetnym bankiem”. Na zdrowy rozum – kto chciałby słuchać i reagować na przekazy marketingowe wyjęte wprost z reklamy telewizyjnej? Ja nie.
Czytaj więcej…
Wyobraź sobie, że obserwujesz ulicę przez swojego smartphone’a i masz dostęp do informacji, których pozyskanie, jeszcze do niedawna, kosztowałoby Cię trochę czasu i energii. Dzięki AR mógłbyś zobaczyć, które domy w okolicy są na sprzedaż, gdzie są najlepsze restauracje, a nawet, jakie opinie tym lokalom wystawili klienci. Połączenie rozwiązań HD, geotagowania, software’u rozpoznającego twarze z przeszukiwaniem społeczności internetowych, blogów, czy mikroblogów w czasie rzeczywistym, wyposaży nas w narzędzie, bez którego w niedługim czasie ciężko nam będzie wyobrazić sobie funkcjonowanie.
Nowy wymiar rzeczywistości czeka na nas tuż za rogiem. Jeśli masz wrażenie, że nie możesz żyć bez Facebooka, swojego IPhone’a czy Twittera to z pewnością jesteś na dobrej drodze żeby, jako jeden z pierwszych, paść ofiarą Augmented Reality. AR to rzeczywistość, w której nasze prawdziwe życie przeplata się z elementami wirtualnymi, gdzie otaczający nas świat jest interaktywny, zaś offline i online stanowią w zasadzie jedną, zespoloną rzeczywistość. Od jakiegoś już czasu jestem zafascynowana aplikacjami, nad którymi pracują głównie europejscy deweloperzy. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam, co rozwój AR oznacza dla biznesu i w jaki sposób możemy wykorzystać Augmented Reality.
Czytaj więcej…